Sobotni poranek. Pogoda zapowiada się całkiem nieźle, więc decydujecie rodzinnie wybrać się na piknik do parku. Stajesz przed szafą, żeby wybrać coś odpowiedniego na tę okazję.
Zgadujemy, że konwersacja, która odgrywa się właśnie Twojej głowie, wygląda mniej więcej tak:
“Te krótkie spodenki dżinsowe z zeszłego roku będą idealne…Kurde, ale chyba są w praniu… Dobra, to może jednak ta lekka spódnica długości ¾, którą ostatnio kupiłam… Aha, ale do niej muszę założyć jasne trampki. A jak jednak będzie padać - bo przecież w tym kraju nigdy nic nie wiadomo - to całe mi przemokną… To może te lejące kuloty, co mi ich dziewczyny zazdroszczą… No nie - całe pogniecione. Dzieciaki nie dadzą mi żyć, jak teraz rozłożę deskę do prasowania. Okay, to może jednak coś bardziej kobiecego - muszę w końcu zacząć chodzić w tych pięknych boho ciuchach, które odwiecznie czekają na specjalną okazję… Ale czemu ta sukienka jest taka obcisła??? Czy ja tak ostatnio przytyłam???...”
W tym samym czasie do szafy podchodzi Twój partner. Bierze ze swojej (zdecydowanie mniejszej objętościowo) części pierwszy z brzegu T-shirt oraz jedne z trzech par spodenek, które ma przygotowane na lato. Z szafki z bielizną wyciąga dwie przypadkowe skarpetki. Zakłada to wszystko na siebie i wychodzi do kuchni na kawę.
Do sypialni wpadają dziewczynki, krzycząc na przemian: “Mamo, kiedy idziemy? Możemy już iiiiiść?”
W tym momencie czujesz, że zaraz się rozpłaczesz. “Nigdzie nie idę - nie mam się w co ubrać!” - wyrzucasz z siebie jak dziecko.
I cały dzień do bani. Bo czego byś na siebie teraz nie założyła, to albo będzie Cię uwierać, albo nie będzie Ci się podobać, albo bankowo odpadnie Ci w tym guzik.
Znamy to uczucie. Mimo to fascynuje nas od zawsze, dlaczego - mając szafę pełną ubrań - nadal nie mamy się w co ubrać. Zasięgnęłyśmy więc języka u naszych przyjaciółek i klientek. I wyszło nam z tego ciekawe studium modologiczne.
“Hmmm, ten problem ciągnie się chyba od czasów biblijnych”, powiedziała nam pierwsza zapytana kobieta. Biorąc pod uwagę, że ani Kleopatra, ani bohaterki “Bridgertona”, nie pokazywały się raczej kilka razy w tym samym stroju, trudno się z tą tezą nie zgodzić.
Nie jest to więc do końca zjawisko charakterystyczne tylko dla naszych czasów. Ale w przeciwieństwie do przeszłości, mamy więcej możliwości robienia zakupów i decydowania o tym, co nosimy. I to właśnie może stać się trochę problematyczne.
“Ja myślę, że kupujemy kompulsywnie”, dodała kolejna uczestniczka naszej ankiety. I mimo że nie każda z nas się do tego przyznaje, to ten scenariusz często się powtarza. Masz zły dzień? Kupujesz sobie coś ładnego. Nie masz czasu na przymiarki w sklepie? Od razu bierzesz trzy wersje kolorystyczne tego samego kompletu, a potem niekoniecznie chce Ci się jechać tam z powrotem, że je oddawać. Zepsuły Ci się plażowe klapki? Akurat jest promocja, więc nabywasz dwie pary zamiast jednej.
Pytanie tylko, czy to się później przekłada na takie rezultaty, jakich faktycznie oczekujesz. Bo jeśli dżinsy kupione na poprawę humoru okazują się niewygodne, różowy to nie jest jednak Twój kolor, a ta druga para butów, która była “w gratisie”, to sandałki na obcasie (a tego typu obuwia nie zakładasz już od dekady), to chyba nie o to chodziło, prawda? W rezultacie rozrasta się Twoja garderoba, czego nie można powiedzieć o wachlarzu Twoich możliwości stylizacyjnych.
Ale to nie wszystko. “Ja uważam, że jesteśmy zbyt krytyczne wobec siebie. W tym problem” - to stwierdzenie dało nam dużo do myślenia. Przecież wiele z nas pracuje na wysokich stanowiskach, spełnia się w rolach matek i partnerek, ma mnóstwo znajomych i jest w miarę zadowolona ze swojego życia. A mimo to lubimy się psychicznie sabotować, wmawiając sobie, że naszej figurze daleko do modelki, a bikini to jednak nieodpowiedni strój plażowy dla dojrzałych kobiet.
Kupujemy więc rzeczy, w których “chciałybyśmy” dobrze wyglądać. Z tym że ich przymiarka w domu na drugi dzień powoduje, że - z głębokim westchnieniem - zachowujemy je na bliżej nieokreśloną przyszłość, “kiedy zrzucę parę kilo/opalę się/zacznę trenować/[tu wstaw własną wersję]”. Nasza percepcja własnego ciała jest zazwyczaj bardzo surowa i nie zawsze zgadza się z rzeczywistością. Niemniej, szafa znowu nabywa nowych “mieszkańców”, ale my wcale nie mamy więcej ubrań na tu i teraz.
Co gorsza, niektóre z tych kreacji popadają w totalne zapomnienie. Ile razy zdarzyło Ci się nabyć białą, elegancką bluzkę “do pracy” po to tylko, żeby odkryć w domu, że takie dwie (jeszcze z metkami) już wiszą w odmętach Twojej garderoby?
Jako kobiety wyznajemy też zasadę, że każda okazja wymaga odpowiedniego stroju. Bo na mecz żużlowy ze swoim partnerem nie pójdziesz przecież w tym samym ubraniu, co do kina z mamą, czy na rozmowę kwalifikacyjną do wymarzonej firmy. Dlatego staramy się być przygotowane “na wszelki wypadek”, żeby nie wpaść w panikę, kiedy okaże się, że Twój kuzyn za miesiąc się żeni, na przykład.
Ale bądźmy szczere - jakie są realne szanse na to, że zostaniesz zaproszona na afterparty po koncercie Taylor Swift w Warszawie? Albo że dostaniesz się do teleturnieju “Milionerzy” w Polsacie? No właśnie.
Innym ważnym aspektem tej układanki jest fakt, że styl ubierania się 20-latki niewiele ma wspólnego ze stylem dojrzałej kobiety. I to nie tylko dlatego, że jako studentka chodziłaś często na imprezy, a teraz uczęszczasz głównie do pracy. Przede wszystkim dlatego, że kobieca sylwetka zmienia się z wiekiem. Co oznacza, że obcisła sukienka wchodzi bez problemu na młodą dziewczynę, ale na 40-latce już tak fajnie nie wygląda.
Mimo to, nie zawsze chcemy się pogodzić z rzeczywistością. Więc jeśli w sklepie napotykasz nową wersję tego hipsterskiego garnituru, który ubrałaś na obronę pracy magisterskiej (bo moda lubi zataczać koło co jakieś 20 lat), to nostalgia bierze górę. No i w domu przed lustrem pukasz się potem w głowę, a ubranie prawdopodobnie ląduje znowu w sekcji “muszę to jutro koniecznie oddać”. Z tym że to jutro nie nadchodzi nigdy. “Więc trzymamy tą przysłowiową mini jako wspomnienie młodości”, stwierdziła jedna z naszych klientek.
No i nie możemy też zapomnieć o wygodzie. Założymy się, że Ty w wersji sprzed kilkudziesięciu lat ubierałaś czasem niezbyt komfortowe ciuchy, bo akurat były modne. Nie martw się - my też! Ale dla dojrzałej kobiety nie ma takiej opcji. To znaczy, bardzo możliwe, że kupisz ten “trendy outfit”. Jeszcze bardziej możliwe jest też, że go na siebie ani razu nie założysz, bo za bardzo uwiera Cię jednak w pasie. Ale warto go mieć, bo “nigdy nic nie wiadomo”. I historia znowu się powtarza.
Ze wszystkich argumentów, który przytoczyły uczestniczki naszej ankiety, najbardziej zaskoczyła nas jednak ta kontrowersyjna opinia: “Kobiety ubierają się dla innych kobiet.” I niekoniecznie musi być to odbierane negatywnie. Po prostu lubimy dobrze wyglądać. I lubimy, kiedy to jest doceniane przez kogoś, komu też na tym zależy. A wiadomo, że Panowie nawet czasem nie zauważają, kiedy masz nową fryzurę.
Jedno jest pewne. Choćby nasza garderoba miała rozmiary tej, którą w domu miała Carrie Bradshaw z serialu “Seks w Wielkim Mieście”, kobiety nigdy nie będą miały w co się ubrać.
Bo zapominamy o tym, co mamy w szafie. Czasem nie potrafimy ubrań stylizować. Albo znudziło nam się już to, co mamy. A moda w tym czasie podąża własnym torem.
Przybywa nam też lat. Ewoluuje nasz styl życia i klarują nam się priorytety. Zmienia się nasza waga. A przede wszystkim zmieniamy się my same.
A może po prostu lubimy nowe ciuchy… Jak myślisz?
